Korekta – czyli o poprawiaczach i poprawianiu słów kilka

Lipiec 30th, 2010

Korektor – kim właściwie jest ten człek?

Korektor to ktoś, kto sprawdza, wnika, szpera i zmienia. Jak wskazuje Władysław Kopaliński w „Słowniku wyrazów obcych” łacińskie corrector znaczy „poprawiacz” i taka właśnie jest jego funkcja – aby znaleźć złoty środek między tekstem „zjadliwym” (nie mylić ze złośliwym) dla przeciętnego Czytelnika, a jednocześnie zgodnym ze wszelkimi normami sztuki edytorskiej.

Korektor nie traktuje książki jako produktu przeznaczonego do sprzedaży. Przez kilka dni wiąże się z nią jak z żywym organizmem i nawet jak śpi czy ma czas wolny, myśli o tym, jak ją udoskonalić. Pracy nad książką nie da się bowiem zostawić na „po godzinach” – nad każdym fragmentem zastanawia się tak długo, aż doprowadzi się całą korektę do szczęśliwego końca.

Etapy korekty

Pierwszym etapem korekty jest przejrzenie tekstu, aby zorientować się w jego tematyce i stylu autora. Zadaniem korektora jest też ustalić tak zwane kwestie techniczne, to jest w jaki sposób zapisywać cyfry, kiedy stosować małe i wielkie litery, czy rozwijać skróty i tym podobne oraz na przykład sprawdzić, czy nie ma w tekście podwójnych spacji.

Drugi etap pracy to wnikliwe zapoznawanie się z utworem i analiza każdego zdania pod względem nie tylko poprawności językowej, ale też logiki wypowiedzi (czasem retoryka bierze górę nad sensem, precyzją i prostotą). Gdy zachodzi taka potrzeba, można zaproponować inny układ akapitów czy rozdziałów. Istotne jest też, czy tekst jest pisany stylem przyjaznym dla Czytelnika, to znaczy, czy utwór beletrystyczny nie jest naszpikowany naukową, sucho podaną terminologią (i odwrotnie).

Poza wiedzą merytoryczną i tak zwanym wyczuciem językowym pomocą korektorowi służą wszelkie wydawnictwa poprawnościowe (słowniki ortograficzne, interpunkcyjne, poprawnej polszczyzny i tym podobne), a także internet (wirtualne poradnie internetowe czy takie właśnie słowniki).

Błędy, na które trzeba być wyczulonym, to przede wszystkim:

  • interpunkcyjne (czasem pozornie nieznaczący przecinek może zmienić sens zdania);
  • powtórzenia i tak zwane masło maślane, jak „dalej kontynuować”, działają jak płachta na byka;
  • leksykalne (na przykład słowo „brzydkość” zamiast „brzydota”);
  • tak zwane literówki (na przykład „turystka” zamiast „turystyka”).

Dzisiejsze programy do edycji tekstu mają funkcję autokorekty i sprawdzania pisowni, ale nie można im ufać w stu procentach, gdyż zdarza im się poprawić słowo tak, że mija się z  intencją autora. Dobrze jednak sprawdzają się w  poprawianiu błędów ortograficznych.

Poza cierpliwym wyłapywaniem przecinków postawionych w niewłaściwym miejscu czy językowych lapsusów (które są wielką korektorską radością!) trzeba też zwrócić uwagę na przypisy, źródła, podpisy pod rysunkami i tabelami, zgodność tytułów rozdziałów ze spisem treści, poprawne umiejscowienie cudzysłowów, prawidłowe stopnie nagłówków, właściwe stosowanie symboli i tym podobne. A także sprawdzić, czy utwór aby na pewno jest autorski (plagiaty niestety się zdarzają).

Wszelkie wątpliwości zaznacza się w tekście kolorem i opatruje komentarzem, z prośbą o wyjaśnienie przez autora lub zwrócenie na nie uwagi przez następnego korektora (sic! Jest nas więcej!).

Tekst przed korektą wygląda tak:


W trakcie korekty tak:


A po korekcie tak:


Po tych czynnościach przystępuje się do korekty korekty, to jest jeszcze raz przegląda się tekst, sprawdzając, czy czegoś się nie pominęło (korektor też człowiek i mogło mu coś umknąć). A gdy już wszystko ów „poprawiacz” przeczyta i uzna, że utwór można zaliczyć do tych, które powinny dostać Nobla – oddaje go w ręce następnego, żeby ten rzucił na niego świeżym i czujnym okiem. I cały proces, choć zajmuje to już mniej czasu, zaczyna się od nowa.

„Po godzinach” – a co to takiego?

Gdy korektor skończy pracę nad danym tekstem i chce poczytać dla przyjemności, to nie może – śledzi błędy jak detektyw Monk. Nawet jeśli nie chce (a z reguły nie chce), zawsze coś znajdzie. Nawet w reklamie w ogólnopolskiej telewizji. Albo w menu we włoskiej restauracji. Lub na etykiecie szamponu :) .

Magdalena Michalak

Kategorie: Współpraca z ZM, ZM od kuchni

Tagi: , Dodaj komentarz

Kanał z komentarzami2 komentarzy

  1. Nikodem Marszałek

    Bardzo dobry wpis, który wskazuję na dosyć wymagającą pracę korektora. Pamiętam jak po opublikowaniu książek w wydawnictwie Helion dostałem “Odrodzenie Feniksa” dosłownie czerwone od błędów. Praca zajęła – i chyba dwóm korektorom miesiąc czasu. Jednak jest tego efekt. Polski to język wymagający, który trzeba doskonalić całe życie. Ja niestety stworzyłem sobie braki w szkole średniej i podstawowej – potem wpłynął jeszcze język potoczny i gwara śląska – chociaż wcale się nie tłumaczę.

    Przydałyby się jakieś aktywne szkolenia z pisarstwa. Chętnie bym się na nie zapisał i nawet je promował.

  2. Agnieszka

    Dobry tekst! Gratulacje dla Autorki :) . Pod ostatnim akapitem podpisuję się wszystkimi kończynami. Z pozdrowieniami dla wszystkich tropicieli błędów.

Dodaj komentarz

Feed

http://autor.zlotemysli.pl / Korekta – czyli o poprawiaczach i poprawianiu słów kilka